Tak, tak… Emigrancja ekonomiczna

Każdy szanujący się bloger musi napisać coś na ten temat… Ja też muszę. Nie mogę przejść obojętnie obok po części społecznego, a po części ekonomicznego kryzysu, jaki przez wielu porównywany jest do tragedii równej trzeciej wojnie światowej. Co prawda media w ostatnich dniach nieco spuściły z tonu, ale te setki tysięcy emigrantów osiądą w wielu europejskich stolicach i problemy moim zdaniem dopiero nadejdą.

Porozmawiajmy jednak o pieniądzach. Komisja Europejska nie zamierza żałować pieniędzy – według jednego z opiniotwórczych portali, Bruksela przygotuje dla każdego kraju członkowskiego po sześć tysięcy euro na uchodźcę. To oznacza, że Unia ze swojej kasy będzie musiała wywalić około 240 milionów złotych. To dużo czy mało? Zależy jak spojrzymy na sprawę, bo jeżeli uchodźcy faktycznie chcą uciekać od wojny, prześladowań i śmierci – to mało, a dużo, jeżeli uchodźcy zjeżdżają do Europy w celach ekonomicznych – innymi słowy chcą po prostu poprawić swój byt tak jak Polacy emigrujący masowo do Wielkiej Brytanii po przyłączeniu Polski do Unii Europejskiej.

Jak zawsze najbardziej cierpią dzieci...

Jak zawsze najbardziej cierpią dzieci…

I tutaj otrzymujemy odpowiedź na pytanie, bo przecież uchodźcy jadą do Berlina po pieniądze, a nie do Polski po spokój. Nasz kraj po prostu za mało płaci, ma za mały socjal (a pomijam nieekonomiczny fakt, że emigranci boją się nacjonalistów). Powstało w naszym kraju nawet specjalne forum, na którym emigranci skarżą się, że zasiłek w wysokości 700 złotych nie starcza nawet na mieszkanie, a co dopiero życie, czy opiekę zdrowotną. To prawda. Ale tak żyje co drugi polski emeryt… Musimy bardziej dbać o swoich, niż o przyjezdnych. Chcą tu mieszkać? Ja nie mam nic przeciwko – ale nie mogą liczyć na specjalne traktowanie. Temu się kategorycznie sprzeciwiam!

Otwarta dla wszystkich Europa to kolejna… “utopijna idea”, których wokół mnie powstaje coraz więcej. Strach pomyśleć, do czego to doprowadzi.

Advertisements

Prezydenci i ich odprawy

Starałem się od zawsze trzymać z dala politycznych tematów, ale ekonomia i gospodarka dzisiaj chyba jest już tak bardzo połączona z polityką, że aż strach… We Włoszech czy Grecji widać to gołym okiem, w Polsce nieco mniej, ale ni oszukujmy się, jedno na drugie ma wpływ.
Nie jestem maniakiem telewizji informacyjnych, ale czasami traktuje je jako ciekawe tło. I nie było wyboru… W zeszłym tygodniu w środę (albo w czwartek), wszystkie telewizje nie mówiły o niczym innym jak o zaprzysiężeniu prezydenta Dudy. Do przysłowiowego “obrzygania”. Nie będę oceniał w żaden sposób jego osoby, bo tak jak pisałem, chciałbym być apolityczny. Ale dzisiaj przyjrzę się… naszym prezydentom i Bronisławowi Komorowskiemu! A konkretniej jego emeryturze… Bo to są drodzy Państwo całkiem… małe pieniądze. Choć trzeba przyznać, że Państwo musi utrzymywać coraz większą ilość prezydentów. Emeryturę pobiera przecież Wałęsa, Kwaśniewski i… no w sumie to tylko Komorowski. Lech Kaczyński raczej emerytury nie pobiera. Dlatego z ekonomicznego punktu widzenia, bardziej opłacało nam się jako społeczeństwu ponownie wybrać Komorowskiego.

Choć w porównaniu do innych prezydentów w Europie, nasz wcale nie wypada jakoś nadzwyczajnie (aż dziwnie to przyznać). Prezydencka emerytura wynosi sześć i pół tysiąca na rękę, ale jest do tego jeszcze jednorazowa odprawa, która wynosi sześćdziesiąt tysięcy złotych. Niby dużo, dla nas, przysłowiowych zjadaczy chleba, ale patrząc na to z perspektywy najważniejszej osoby w Państwie, to prezesi Spółdzielni Mieszkaniowych w Olsztynie dostają pewnie większą odprawę na otarcie łez…

Trzech prezydentów i chłop z Mazur.

Trzech prezydentów i chłop z Mazur.

A jaka jest prezydencka emerytura? Też w sumie bez szaleństwa… To tylko sześć i pół tysiąca złotych na rękę. Mimo naszej “polaczkowości” ciężko więc zazdrościć prezydentowi, który opływał w luksusy i teraz musi utrzymać swoje tysiąc metrowe mieszkanie za sześć tysięcy.
Wiem, że ludziom jest ciężko. Wiem, że żyją za 800 złotych. Ale jednak uważam, że prezydent na emeryturze powinien zarabiać więcej pieniędzy. Tak samo więcej pieniędzy powinno iść do mistrzów olimpijskich i innych takich – oni tworzyli historię naszego narodu!

30 km/h w mieście?

Dzisiaj spojrzę na świat zza kierownicy czyli z perspektywy polskiego, zwyczajnego kierowcy… Nie jakiegoś tam pirata, wariata w Seacie Leonie FR, ale zwykłego użytkownika dróg, który w moim stereotypowym myśleniu jeździ Oplem Vectrą albo Hondą Civic…

Przeczytałem ostatnio o rządowych projektach, których celem jest stworzenie ograniczenia prędkości do 30 kilometrów na godzinę w CAŁYM mieście. Podobno takie rozwiązania zostały już wprowadzone w niektórych częściach Sopotu i rozwiązanie przyniosło wymierne rezultaty. Powstała nawet taka strona, “Ulice przyjazne życiu”, która promuje takie oto rozwiązanie.

30stka

Jestem pewien, że nikt o zdrowych zmysłach – kto faktycznie jest posiadaczem auta – nie promowałby tego pomysłu. Jest moim zdaniem idiotyczny. Już nawet ograniczenie ruchu do 40 kilometrów na godzinę wzbudza czasami mój uśmiec, a 30 km/h widzę tak rzadko, że się nawet dziwię. Przy tak ślimaczym tempie owszem nie dojdzie do wypadku, ale frustracja kierujących sięgnie zenitu! Mamy podobną sytuację jak w przypadku parkowania – to Ci, którzy nie mają samochodów denerwują się, że “auta stoją na chodnikach i trawnikach”. Denerwują się na nas kierowców i tworzą protesty. A my kierowcy, dostajemy szewskiej pasji, że zamiast nowego parkingu powstał jakiś tam plac zabaw, który spokojnie mógłby być dwa razy mniejszy, albo, że ktoś każe nam parkować równolegle, choć jest miejsce, by zrobić prostopadły parking.

Tak samo jest z tym ograniczeniem do 30 km/h. Że to niby UPŁYNNI ruch. Że tak jest w Europie… Ale my nie jesteśmy mentalnie zachodnimi europejczykami – w Niemczech nawet złote BMW zatrzyma się na pasach jak widzi pieszych. U nas nie. I żadna kampania tego nie zmieni, tak po prostu jest i koniec.

Ronda. To jest moim zdaniem rozwiązanie, które zamiast trzydziestki zmniejszyłoby ilość wypadków. A trzydziestka w miastach służy tylko i wyłącznie nie do bezpieczeństwa, a do trzepania kasy! Wiadomo, że w nocy będziesz jechał taką ulicę 60 jak nie 80, bo przecież 30 to śmiech na sali. Za płotem będzie stać policja, prawko zabrane, 1500 złotych mandatu. Pieniądze się muszą zgadzać.

Książkowy bullshit

Zablokować wolny rynek, według niektórych, tak powinien nazywać się projekt ustawy o jednolitej cenie książki, popierany przez Polską Izbę Książki, który wylądował z początkiem kwietnia w sejmie. Zakłada on, że wydawca czy importer mieliby obowiązek ustalenia, przed wprowadzeniem książki do obrotu, jej ceny, obowiązującej przy sprzedaży przez pierwsze 12 miesięcy od premiery. Cena z okładki byłaby ceną obowiązującą, tak jak jest w przypadku np. paczki papierosów. Projekt jest wzorowany na rozwiązaniach obowiązujących w krajach europejskich (Niemcy, Francja, Hiszpania).

????????????????????????????????

Polska Izba Książek, czyli kto?

W skład PIK wchodzi między innymi Empik wraz z całą grupą wydawnictw będąca ich własnością, Matras, hurtownicy, dystrybutorzy, drukarnie, targi książki i księgarnie. Wydawców działających na przestrzeni wolnego rynku brak, a przecież nie jest ich mało i też mają prawo głosu…

A gdzie w tym wszystkim konsultacje z całym środowiskiem wydawniczym? Podpisów pod ustawą uzbierano raptem 2 tysiące. PIK zrzesza około 200 wydawców, spośród kilkunastu tysięcy funkcjonujących na rynku. Nie jest więc reprezentacją wiarygodną. Nie ma powodu, by pomysły PIK były narzucane reszcie.- Takie zdanie ma niezrzeszony wydawca Albatrosa, Andrzej Karyłowicz, który otwarcie krytykuje pomysł.

Zdaniem prezesa Matrasu, Mariusza Rutowicza (drugiej sieci księgarń w Polsce po Empiku) ustawa o stałej cenie książki nic nie zmieni. – W tej chwili klient może kupić książkę w dowolnym miejscu, m.in. w dyskontach. Zdefiniujmy, czym jest księgarnia, i pozwólmy tylko w takim obiekcie sprzedawać książki. Zagwarantujmy, że przez określony czas nowości będą dostępne jedynie w księgarniach. To może uratować mniejszych graczy na rynku.

Skąd ta troska o interesy mniejszych księgarń?

Jakie korzyści mają płynąć dla czytelnika i wydawcy z uniemożliwienia sprzedaży książek w sieciach dyskontowych i hipermarketach? – pyta Andrzej Karyłowicz. Wiadomo przecież, że tego typu placówki mogą sprzedawać towary (w tym książki) wyłącznie w cenach niższych niż gdzie indziej – Empikach, Matrasach czy zwykłych księgarniach.

Zdaniem prezesa wydawnictwa Muza sprzedaż książek jedynie w księgarniach może się okazać nietrafionym pomysłem. – Nie jestem za tym, żeby wycofywać książki ze sprzedaży z jakiegokolwiek miejsca. To, że pozbawimy supermarkety czy dyskonty możliwości handlowania literaturą, tylko zmniejszy dostęp ludzi do książek – mówi Garliński.

Dyskonty mają nieosiągalne dla wydawców rabaty cenowe. Monopoliści niechętnie patrzą na sprzedaż książek w Biedronkach czy innych dużych sieciach. Wahania cenowe książek sięgają nawet kilkunastu złotych. Nie ma się co dziwić, że przeciętny Polak, zarabiający przeciętną pensję, kieruje się ekonomią podczas zakupów. Jeśli książki zniknęłyby z dyskontów (zastąpione innym towarem, na który nie byłyby narzucone ceny urzędowe) prawdopodobnie ubyłoby czytelników. A jest ich niewielu.

Jakie więc będą korzyści z wejścia w życie ustawy?

Dzięki cenowej regulacji zniknęłaby nieuczciwa konkurencja, sytuacje, w których nowości są dostępne na rynku po cenach niższych (nawet do 40%) niż widniejące na cenie okładkowej. Podczas gdy normalna stawka dla przedsiębiorcy/księgarza na hurtowni wynosi te 30-35%. Przez narzucanie tak niskiej marży nie ma zarobku, jest jedynie obrót, a rynek się psuje.

Teoretycznie największą korzyścią dla czytelników ma być obniżenie ceny nowości książkowych. Przykładem kraju, w którym wprowadzenie ustawy spowodowało spadek cen detalicznych, są Włochy. Ustawa obowiązuje tam od 2011 r., a od 2010 do 2013 r. średnia cena spadła z 21,6 do 18,56 euro. Jednak Polska to nie Włochy, realia ekonomiczne są zupełnie inne, tak jak i poziom zarobków.

Ustawa wzbudza kontrowersje, w internecie już trwa zażarta dyskusja, są głosy „za” i „przeciw”, argumentacja jest różna. Trzeba pamiętać, że obojętnie jaki nie byłby wynik tej przepychanki , fakt nadrzędny, którego nie sposób nie dostrzec jest taki, że ustawa stoi w opozycji do istniejącego prawodawstwa zabraniającego zmów cenowych i stanowi zaprzeczenie idei wolnego rynku. Bo ustawa o jednolitej cenie książki, to nic innego jak zmowa cenowa.

Argument, jaki wystosowała PIZ, jakoby ustawa miała wpłynąć na zwiększenie czytelnictwa w kraju jest tylko domniemaniem. Całkiem możliwe więc, że, cytując słowa Andrzeja Karyłowicza: Ustawa o stałej cenie książek jest nam potrzebna jak lodówka na Antarktydzie.

Nie, dla przemysłu kulturystycznego, tak, dla kalenistyki

W latach 50. pewna sieć siłowni w Kalifornii oferowała dożywotni karnet za umiarkowaną opłatą. Bez żadnych dodatkowych zastrzeżeń – wykłada się pewną sumę na początku i można trenować o dowolnej godzinie przez całe życie. Świetny układ, prawda? Świetny – dla siłowni. Ponad 99 proc. Osób, które skusiły się na ofertę,  zrezygnowało po kilku miesiącach i nigdy już nie wróciło. Właściciele firmy znali się oczywiście na biznesie i znakomicie wiedzieli, że tak właśnie się stanie. Odsetek rezygnujących był w siłowniach zawsze zdumiewająco wysoki.

skazany-na-trening-o18414

Jak myślicie, co powoduje, że ludzie, choć z początku pełni zapału i motywacji, by wyrobić „rzeźbę”, kondycję, zadbać o siebie – rezygnują? Odpowiedź znajdziecie w książce „Skazany na trening” z której pochodzi powyższy cytat. Wpadła w moje ręce przypadkiem, przekazał mi ją znajomy. Jego entuzjazm (rzadko okazywany) wywołał u mnie natychmiastową reakcję.

Haczykiem przyciągającym uwagę jest fakt, że idea całej książki zrodziła się w więzieniu. Siedząc w zamknięciu autor, Paul Wade, trenował, by nie dać się złamać. Stworzył system ćwiczeń, na poszczególne partie ciała, które angażują do pracy nie tylko pojedyńcze mięście, ale całe partie. Nawiązuje do tak zwanej “starej szkoły”, gdzie podczas ćwiczeń sprzęt stanowi własne ciało. Kalenistyka odrzuca siłownie, sale gimnastyczne, miejsca, za które, by doskonalić walory ciała, trzeba płacić. Do ćwiczeń wykorzystuje się wszystko, co ma się pod ręką: sprzęt domowy (do robienia przysiadów), gałęzie drzew (do podciągania się) – chodzi o kreatywne wykorzystanie otoczenia. Kalenistyka odrzuca również wszelkie dopalacze i odżywki.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, gdy widzę całe nowe pokolenie mężczyzn wmanewrowanych w płacenie fortuny za drogie karty klubowe do siłowni oraz za ciężarki i różne gadżety treningowe – wszystko w nadziei, że nabiorą siły. Chce mi się śmiać, bo podziwiam kuglerski trik sam w sobie; to maestria naciągania. Przemysł kulturystyczny zbajerował świat, który jest teraz przekonany, że nie poradzi sobie bez tego całego sprzętu(…)

Paul Wade udowodnił, że można obejść się bez siłowni i mieć wymarzoną syletkę, a także być silnym. Zresztą, sami pomyślcie, czy Spartanie chodzili na siłownię? Do nich też nawiązuje autor, podając jako przykład doskonałości. Sam Paul jest dziś trenerem personalnym, który pomaga innym w osiąganiu efektów przy pracy z własnym ciałem.

Nie wiem czy mój wpis zrobił na was wrażenie, mnie słowa znajomego zachęciły do sięgnięcia po książkę i zdecydowanie nie żałuję.

Straw bale – Wilk nie zdmuchnie już domku ze słomy!

Dom ze słomy? A czemu nie? Budują z opon, ze śmieci, nawet z gliny, dlaczego słoma miałaby być gorsza? Wykorzystywana jako materiał elewacyjny, do budowy dachów i ścian, uwaga, sprawdza się! To tak zwana architektura naturalna, której głównym założeniem jest: budować rozsądnie, bez rozmachu, dostosowując konstrukcje do potrzeb. Przynajmniej w teorii, choć jeśli obejrzycie przykładowe konstrukcje, zgodzicie się, że coś w tym jest. Minimalizacja przestrzeni nieużytkowych wewnątrz domu, to cecha, która jak dla mnie, ma bardzo istotne znaczenie. Słoma, kompresowana w słomiane bale, zajmuje dużo miejsca, jest gruba, ale dzięki jej objętości można kombinować w nieskończoność z wnękami okiennymi, tworząc w nich przeróżne zakamarki.

hornowski-design-pieknalia-straw-bale-cosmetics-boutique-designboom01

Co warto wiedzieć o tego typu konstrukcjach? Słoma jako budulec jest odnawialna, tania, powszechnie dostępna i posiada wysoką wartość izolacyjną. Mimo tego, że może stanowić zagrożenie pożarowe, jeśli odpowiednio ją otynkować zaprawą na bazie gliny, ryzyko spada. Poza tym, dobrze skompresowana ściana jest bardziej odporna na ogień niż ściana drewniana. Choć fakt, w przypadku pożaru, nie pozostaje nic innego, jak rozsiąść się na leżaku z kieliszkiem Martini i zrobić „papa”. Na ratunek w przypadku pożaru raczej nie ma szans. Trzeba też zadbać o czujniki wilgoci, słoma jest podatna na gnicie. Warto mieć oko na ten aspekt. Z pozytywnych aspktów można dodać jeszcze fakt, że w domu ze słomy nie ma kurzu, tworzy się klimat bardzo korzystny dla alergików.

Dla osób, które temat zainteresuje na tyle, że zechcą poszukać więcej informacji, polecam webinary, wykłady on-line, na których dowiecie się więcej, od specjalistów, budowniczych, które takie konstrukcje stawiają. Można spotkać również książki o tej tematyce, bo nie ma co ukrywać, temat cieszy się coraz większą popularnością, a jego oryginalność, niskie koszty i innowacyjność, sprawiają, że jest to bardzo atrakcyjne rozwiązanie.

Na koniec zapraszam do obejrzenia krótkiego (9 minut) filmu, w którym powstaje straw bale. Piękna sprawa.

Doorbuster – jak sztuczny popyt zabił indyka

Mistrzowie siania propagandy, ci sami, którzy zrobili z oceanu wysypisko śmieci, czasem, oprócz irytacji potrafią wzbudzić śmiech. Tak, Amerykanie krótko przed świętami potrafią rozbawić. I macie rację, nie brak w tym groteski.

O czym chcę powiedzieć? O zjawisku zwanym doorbuster – okazjonalnych ofert, działających na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy.

images (1)

Przypomina to trochę komunę, ludzie, bez względu na pogodę (a ostatnio w Ameryce zimy bywają dotkliwe) rozkładają swoje małe obozowiska pod drzwiami marketów i trwają w oczekiwaniu. Niektórzy wynajmują do tego ludzi. Podobno za 22dolary na godzinę są chętni, by stać.

Black friday (tak nazywany jest ten dzień), tuż po święcie Dziękczynienia to czas, kiedy sklepy przyciągają TŁUMY niezwykle atrakcyjnymi przecenami. Bójki, przepychanki, są na porządku dziennym. Zdarzają się nawet przypadki śmiertelne.

Promocje dotyczą wszystkiego: od elektroniki po artykuły spożywcze. Sale 50% to standard.

Poniekąd Black Friday bierze się z ewolucji handlu – jest sposobem na zaduszenie małych przedsiębiorstw przez duże. Te mniejsze nie są w stanie pozwolić sobie na takie promocje. A sieci mogą pozwolić sobie na „małe” manipulacje i pompowanie sztucznego popytu. Ceny kuszą, ludzie łapią przynętę. I biegną.

I tylko szkoda święta Dziękczynienia, które traci na znaczeniu wobec sklepowych półek. Dobrym przykładem obrazującym tę sytuację jest przypadek Amerykanina, który wraz z synami świętował, jedząc indyka, w namiocie pod sklepem…

Pozytywne aspekty legalizacji część II

W związku z wydarzeniami jakie miały miejsce z początkiem miesiąca „za oceanem”, wracam do tematu legalizacji marihuany.

Amerykańscy zwolennicy konopii odnieśli na początku listopada mały triumf. W stanie Oregon zalegalizowano marihuanę dla celów rekreacyjnych. Marihuana w Ameryce była tolerowana w 23 stanach jedynie jako środek medyczny, z dwoma wyjątkami – stanem Colorado i Waszyngtonem, gdzie od 2012 funkcjonuje jako używka powszechnie stosowana. Kolejny krok w tym kierunku to właśnie stan Oregon, gdzie również można  posiadać, używać i sprzedawać, o ile oczywiście ma się skończone 21lat.

marsz_wyzwolenia_konopi_2014

Rząd zaciera ręce coraz bardziej, bo prognozy są niezwykle obiecujące. Zwiększone wpływy podatkowe są pewne, a ich skala ogromna. Wedle szacunków, jakie obejmują wyłącznie stan Colorado i Waszyngton, podatki roczne za obrót używką, do 2020 roku mają wynieść 800 mln dolarów. Suma niemała, a w zasadzie już jakby nieaktualna, bo zaniżona.

Na tym prawdopodobnie się nie skończy, ośmieleni sukcesami Amerykanie będą iść dalej w zaparte. Badania wykazują, że zainteresowani tematem są nie tylko młodzi, ale i starsi. Liczba amerykańskich emerytów popierających pełną legalizację hodowli i posiadania marihuany podwoiła się w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Wilk syty, owca rzyga tęczą, nic tylko żałować, że nie możemy wspólnie legalnie świętować sukcesu Amerykanów… Gdybyście chcieli pożyczkę na swój l e g a l n y już biznes związany z uprawą, poproś ferratum.pl o pożyczkę.

Podatki nałożone na sprzedaż marihuany, jeśli wierzyć w zapewnienia rządu, zostaną przeznaczone na wsparcie szkolnictwa, organów ścigania i prewencji narkotykowej.

Made in Poland

“Made in China”, hasło, na które reagujemy nieuzasadnioną alergią. Głęboko w naszej podświadomości zakorzeniło się, że chińskie produkty to tandeta. To nic, że kraj ten bije nas na głowę technologicznie, nie, stereotyp powstał dawno temu i nieprędko zmieni się nasze podejście.

A co robimy, gdy na etykiecie jakiegoś towaru widzimy: “wyprodukowano w Polsce”? No właśnie? Jaka jest reakcja Polaków na produkty rodzime?

logo

Świeżo opublikowany raport „Firmy Rodzinne” pokazuje, że mamy jako naród dobre zdanie na temat rodzimego biznesu.

„Przyjazne, godne zaufania, solidne”, takie cechy wskazali ankietowani przy pytaniu z czym kojarzy im się biznes rodzinny. Połowa uważa członków rodziny za dobrych partnerów biznesowych, tylko 25% za złych. Żona i mąż to dwie osoby, z jakimi najchętniej Polacy prowadziliby biznes (60% odpowiedzi). Absolutnie nikt nie chciałby prowadzić biznesu z teściową (no dobra 1%).

Prawie połowa ankietowanych uznała, że informacja iż towar wyprodukowała firma rodzinna jest dobrą zachętą do zakupu. 13% ankietowanych zadeklarowało, że za taki produkt byłoby w stanie zapłacić więcej.

Tymczasem na półkach sklepowych nie ma zbyt wielu produktów opatrzonych taką informacją. Hasło: “wyprodukowano w Polsce” to trochę zbyt enigmatyczny zapis, gdyby zamienić go na: “wyprodukowano w polskiej firmie rodzinnej” brzmiałoby o wiele atrakcyjniej. I kto wie, może rzeczywiście przyczyniłoby się do zwiększenia sprzedaży.

Czym kierujemy się poczas robienia zakupów

CROWDFUNDING – zielone światło dla kreatywnych

Chcielibyście wydać książkę, wyjechać z misją badawczą do Mezopotamii albo otworzyć vegebar w mieście? Mnóstwo zapału, chęci i kompletny brak środków na start? Cudownie. I wcale nie dlatego, że chcę Was teraz zachęcić do wzięcia kredytu, bo wpis ten finansuje bank. Nie w tym rzecz. Sęk w tym, że macie okazję wypróbować inicjatywę jaką jest crowdfunding.

crowdfunding-3

CZYM JEST CROWDFUNDING? Jest formą pozyskiwania funduszy poprzez otrzymanie dofinansowania.

KIM SĄ WSPIERAJĄCY? To społeczność sympatyzująca z danym przedsięwzięciem. Przykładowo, chcę otworzyć bar dla miłośników piwa regionalnego (multitap), gdzie nie ma miejsca dla piw koncernowych. Wiadomo, że rezygnując ze wsparcia grupy Żywiec, Carlsberg czy Kompanii Piwowarskiej dokonuję abordażu na samego siebie, bo zaopatrzenie baru muszę zdobyć sam. Szukam więc wsparcia wśród grupy zainteresowanych, a więc piwoszy, którzy chcieliby napić się czegoś innego niż zwykle w miejscu publicznym. To oni są moją grupą wsparcia, dzięki której mam szasnę urzeczywistnić projekt. Jeśli zainwestują  w mój projekt, otrzymają swoją piwną niszę. Działa w dwie strony? Działa.

W JAKIEJ PRZESTRZENI DZIAŁA CROWDFUNDING? Odbywa się to poprzez platformy (w Polsce) www.polakpotrafi.pl, albo www.wspieramto.pl. To tutaj otrzymuję wsparcie medialne dla swojego projektu i przestrzeń, w której zainteresowani śledzą postęp zbiórki środków.

GDZIE JEST HACZYK? Gdzieś być musi, polega on na tym, że w przypadku jeśli nie uzbieramy sumy, jaką założyliśmy na początku w określonym czasie, środki wracają do darczyńców. Nie może być tak, że pieniądze, mimo tego, że nie wystarczą na obrany cel, są przekazywane „na pocieszenie” pomysłodawcy projektu. To uczciwa, choć dość drastyczna zasada, która poniekąd blokuje zarządzanie finansami na czas zbiórki.

W myśl zasady: kto nie ryzykuje, szampana nie pije, myślę, że crowdfunding to inicjatywa, którą warto wypróbować.